sobota, 18 listopada 2017

#194 Czym jest włoski trash?

Przyznać się, ilu z was jest tutaj, ponieważ zaintrygował was tytuł?
Zdecydowanie brzmi bardzo tajemniczo. Włoski trash? Trash po angielsku oznacza śmietnisko, odpadki, a we włoskiej mowie potocznej, jest określeniem wszystkich włoskich reality show. Muszę przyznać, że nazwa nie mogłaby być trafniejsza.
Pisałam wam już kiedyś czemu oglądanie włoskiej TV może prowadzić do choroby psychicznej (z przymrużeniem oka, a link do wpisu tutaj KLIK), więc ten kto jest ze mną już od jakiegoś czasu, na pewno nie zdziwi się czemu znów poruszam wątek włoskich trashów.
Włoska telewizja to naprawdę studnia bez dna! Znaleźć można w niej tyle perełek, że aż głowa mała.

Choć Włosi są mistrzami tworzenia reality show, które trwają godzinami (serio, ostatnio oglądałam włoskiego big brothera i wyłączyłam go, gdy zaczęła się trzecia godzina...) to zdecydowanie najpopularniejszym trashem jest program "Uomini e donne". Nie oglądam tego na bieżąco, raczej naprawdę od przypadku do przypadku (inaczej już bym zwariowała), ale prawda jest taka, że będąc we Włoszech, czytając włoskie gazety, oglądając instagramy czy w ogóle mając za przyjaciółkę Włoszkę (co za ulga, że chociaż mój kolega tego nie ogląda), nie da się nie wiedzieć kto aktualnie bierze udział w programie, jaką wtopę zaliczył czy kogo wybrał.
Wydaje mi się, że wśród Włochów do 30 roku życia, trash jest niczym narkotyk. Środa wieczór zawsze obfituje w screeny z programu, zabawne historie i licytowanie się kto kogo wybierze.
Czasem szczerze mi siebie żal, że daje się wplątywać w takie polemiki od czasu do czasu.

Uczestnicy trashów naprawdę natychmiast stają się rozchwytywanymi celebrytami...
Ale od początku.

Czym jest "Uomini e donne"?
Z założenia jest to program randkowy. Wybierani są czterej troniści. Tronistą jest osobą, która siedzi na tronie pośrodku studia i to do niej zgłaszają się osoby chcące podbić jej serce. Kandydatów jest naprawdę dużo! Do programu zgłaszać się mogą także osoby homoseksualne. Wydaje mi się, że to pewnego rodzaju nowość, bo we wszystkich pozostałych programach randkowych zazwyczaj widzi się tylko pary mężczyzna + kobieta.

Troniści mają określony, bardzo krótki czas (z tego co pamiętam około minuty), aby porozmawiać z każdym kandydatem. Na podstawie tej szybkiej pogawędki następuje selekcja. Tronista lub tronistka wybiera tych, którzy ją zainteresowani i to z nimi może umawiać się na randki, aby ich lepiej poznać. Oczywiście kamera towarzyszy im przez cały czas, a jakby inaczej!

Chyba najważniejszą sprawą, o której trzeba wspomnieć to... We Włoszech mówi się często, że kobiety w ich kraju traktowane są dość przedmiotowo i czasem oglądając ich gazety czy telewizję, nie można się z tym nie zgodzić. Oczywiście, wszędzie w telewizji występują raczej atrakcyjne osoby, ale przecież polskie reality show pełne są ludzi przeciętnych/normalnych. Nie chce nikogo urazić. Chodzi mi po prostu o normalne osoby, takie jakie mijamy codziennie na ulicy. Takie jaką ja też jestem.
We Włoszech wygląda to zupełnie inaczej. Włoszki są piękne, nie można im tego odmówić, ale no... Uczestniczki "Uomini e donne" wyglądają trzy miliony lepiej niż dziewczyny z ulicy. Zazwyczaj są to młode kobiety między 18, a 30 rokiem życia, a większość z nich jest już po operacjach plastycznych, wymalowanych mega mocno, ubranych bardzo wyzywająco i w dodatku wszystkie o nienagannych figurach. Serio? Przeciętna Włoszka ma 175 wzrostu i waży 45 kg? No chyba nie...
Włoskie trash wyglądają tak jakby mogli zgłaszać się tam tylko ludzie idealni (bo mężczyźni w "Uomini e donne" też wyglądają jakby nagle zstąpili z wybiegu czy tam prosto z nieba). Czy włoskie programy randkowe pozwalają szukać miłości tylko ludziom pięknym i wręcz odrealnionym?
Nic dziwnego, że Włosi mają taki żal do swojej telewizji...
Kto pragnie oglądać non stop ludzi, których nie widuje się na ulicy...? I to w reality show?

Wróćmy jednak do programu... Co dzieje się pod jego koniec? Gdy tronista bądź tronistka wybiorą już swoją drugą połówkę następuje ich ponowna konfrontacja w studio na żywo. Siedzą obok siebie, jedno z nich zazwyczaj opowiada jak to boi się podjąć decyzję, jak to się świetnie bawiło, jak to trudno już teraz decydować... Za ich plecami oczywiście wyświetla się wielki napis "Fabio (lub każde inne dowolne imię trnisty/tronistki) dokona dziś swojego wyboru".
Jeśli już para się zejdzie to dzieje się prawdziwy szał ciał.
Lecą płatki róż, brokat, kolorowe karteczki, widownia klaszcze, płacze, piszczy, para całuje się i obściskuje jakby reszta świata nie istniała...

Co dzieje się z uczestnikami po programie? Ah oczywiście są wielkimi celebrytami i Włosi śledzą każdy ich krok i każde ich poczynanie. Wystąpić też mogą w big brotherze dla Vipów!
O dziwo jednak dość sporo par z "Uomini e donne" przetrwało próbę czasu i dziś są małżeństwami lub narzeczeństwem...

Jako ciekawostkę powiem wam, że od tego roku emitowany jest "Uomini e donne" w wersji dla osób po 50stce.. Zasady są jednak trochę inne. Między innymi nie ma na przykład tronistów.

Ah ten fenomen trashów.
Dla was poniżej mam kilka fragmentów. W pierwszym filmiku, jeśli przewiniecie całą tą paplaninę, od minuty 6:30 będziecie mogli zobaczyć ten szał ciał, o którym wam mówiłam.
POLECAM jako ciekawostkę kulturową.
Dziś Giulia jest chyba najpopularniejszą uczestniczką.



Poniżej macie też 20 najpiękniejszych par programu. ;)

Tutaj możecie jeszcze zobaczyć super ;) ekscytującą kłótnie pomiędzy uczestnikami. 



Co myślicie o trashach? ;)
Zdarza wam się oglądać?

środa, 15 listopada 2017

#193 Pompeje.

Witajcie kochani. Jak się macie? :)
Pogoda nieźle daje nam w kość więc czas spędzam planując kolejne wycieczki i oglądając zdjęcia pełne słońca i wakacyjnej beztroski. Ah kiedy to było to lato?! 2 miesiące temu zbierałam się do wyjazdu do Neapolu. Czas leci zbyt szybko więc pamiętajcie, aby nigdy go nie marnować.

Dziś zabieram was do miejsca gdzie historia spotyka się z oszałamiającym pięknem.
Po raz pierwszy w Pompejach byłam w 2013 roku i przez 4 lata marzyłam, żeby tam wrócić, ale nigdy nie było jakoś po drodze. Dlatego tak bardzo cieszę się, że w tym roku znów tam wróciłam i wiem na pewno, że niebawem znów tam pojadę.
To miejsce ma w sobie jakaś niesamowitą magię.
Gdy stajesz pomiędzy ruinami i uzmysławiasz sobie, że kiedyś to miejsce tętniło życiem, które nagle wszystkim zostało odebrane w tak okrutnie przemyślany przez naturę sposób...
To straszna myśl, której grozę zaczynasz czuć, gdy tylko sobie to wszystko uzmysłowisz.
Uwielbiam przechadzać się pompejskimi alejkami. Nie ma miejsca, które nie zrobiłoby na mnie wrażenia.
Uwielbiam ten widok na Wezuwiusza, który z daleka przecież nie wygląda tak groźnie!
Jak on mógł tak gwałtownie zmienić ludzkie istnienia i bieg historii?
Starożytnych mieszkańców Pompei już nie ma, ale pamięta o nich każdy. Zwłaszcza, gdy przybędzie do tego osławionego miejsca i zobaczy wszystko na własne oczy...









Nie mogę doczekać się aż wrócę tam po raz trzeci. Tak, wiem, jestem szalona, ale to miejsce działa na mnie jak narkotyk! Może to kwestia tego, że naprawdę kocham włoskie ruiny, może tego, że Pompeje zawsze były moją fascynacją, a może dlatego, że to tam najlepiej myśli mi się o życiu. Nieważne. Wrócę tam kolejny raz, kolejny raz napiszę wam jak wielbię to miejsce i kolejny raz usiądę na wiekowych kamieniach teatru, aby kontemplować otaczający mnie raj, który dla innych, wiele, wiele lat temu, okazał się ziemią przeklętą.

Byliście w Pompejach?

piątek, 10 listopada 2017

#192 Wezuwiusz.

Dziś kolejny post z neapolitańskiej serii. Wiem, że się cieszycie!
Wiecie, że Wezuwiusza zawsze oglądałam z daleka? To znaczy już parę razy w swoim życiu znalazłam się nieopodal, ale nigdy nie miałam okazji wejść na jego szczyt. Nawet nie wiecie jak o tym marzyłam, ale nigdy wcześnie jakoś nigdy nie było okazji... Wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę i wejdę! Marzyło mi się zobaczyć Neapol z góry, a poza tym ja kocham wulkany. Etna mnie zachwyciła, teraz przyszła pora na Wezuwiusza, pana i władcę neapolitańskich istnień!
Najpierw trochę informacji organizacyjnych.
W centrum Neapolu najlepiej wsiąść do pociągu Circumvesuviana i pojechać aż na stację Ercolano. W życiu nie powiem wam teraz ile kosztuje bilet w jedną stronę, a żeby mieć pewność musiałabym przekopać się przez miliony starych biletów (kolekcjonuje wszystko!), ale z pewnością było to ok. 2 euro. Wydaje mi się, że nie mniej niż 2 i nie więcej niż 2,40. Mogę się jednak leciutko mylić.
Oczywiście ja jestem gapą roku. Serio, jeśli ktoś ma się gdzieś zgubić to z pewnością będę to ja. Notorycznie mylę kierunki i takim to sposobem wpakowałam nas do złego pociągu (a to pierwszy raz...?) Oczywiście Włosi to kochany naród i po kilku przejechanych stacjach, gdy pani siedząca obok mnie usłyszała słowo "Vesuvio" od razu zainteresowała się czemu jadę tym pociągiem. Oczywiście szybko poinstruowała mnie o tym, że wsiadłyśmy kompletnie źle i w co powinnyśmy się przesiąść. Niech żyją Włosi, którzy zawsze mnie ratują!

Dalej podróż minęła już mniej więcej gładko. Oczywiście pomijając zapchaną do granic możliwości Circumvesuvianę i Włocha, który usiłował mnie molestować i uciekł z pociągu speszony, gdy zareagowałam.
Po wyjściu ze stacji Ercolano zostałyśmy "zaatakowane" przez koordynatorów wycieczek. Norma w każdym turystycznym miejscu. Uściśliłyśmy więc opłatę 20 euro (10 za dowóz pod Wezuwiusza i 10 za samą możliwość wejścia) i poczekałyśmy chwilę na swoją kolej. Od razu uprzedzę tych, którzy powiedzą- O Boże 10 euro za przejazd pod Wezuwiuszaaaaaa.
Jedzie się naprawdę dość długo, jakoś 20-30 min, choć nie patrzyłam na zegarek. Możecie zaoszczędzić te 10 euro i iść na piechotę, ale ostrzegam, że jest to ok. 15-20 km pod górę, po zakrętach, po niezbyt bezpiecznej drodze (ja bym tamtędy raczej nie szła. Choć mówię to ja, która w Pizzo szła jeszcze gorszą drogą upsss). Możecie też podjechać samochodem, ale parking na górze też kosztuje ok.10 euro więc nie wiem czy wyjdziecie na swoje. :D
Po dojechaniu do celu, kierowca powiadamia, iż musimy wrócić na parking na czas czyli za 1,5 godziny. Inaczej nasze bilety staną się nieważne i nie będziemy mieli jak wrócić.


Z informacji praktycznych- nie ma co planować swojej wycieczki wcześniej, bo pogoda bywa kapryśna. Czasem w Neapolu pogoda jest boska, a nad Wezuwiuszem piętrzą się czarne chmury, które uniemożliwiają jakąkolwiek widoczność. Czasem za to w Neapolu jest brzydko, a na Wezuwiuszu pogoda idealna. Lepiej po prostu obserwować warunki atmosferyczne niż upierać się, że musicie wyruszyć akurat tego konkretnego dnia. Można też spytać lokalsów, którzy zazwyczaj wiedzą kiedy dobrze jest się wybrać, a kiedy sobie odpuścić.
Pamiętajcie też, że na Wezuwiuszu powietrze będzie lekko mówiąc... RZEŚKIE, żeby nie powiedzieć, że po prostu będzie bardzo zimno. Ja o tym doskonale wiedziałam już od lat..., ale mimo to postanowiłam wchodzić w shortach, cienkiej koszulce i cienkiej bluzie. Było mi naprawdę zimno, prawie jak w zimę ahah. Wydychałam parę i po ostrej wspinaczce po wdychaniu tego lodowatego powietrza, czułam mocne kłucie w klatce piersiowej.


Sama trasa może nie jest jakoś szalenie przyjemna. O wiele wygodniej i sprawniej wchodziło mi się na Etnę. Trudno powiedzieć ile trwała sama wspinaczka, ponieważ robiłam po drodze zdjęcia i ciągle się gdzieś zatrzymywałam, ale wydaje mi się, że z postojami i zdjęciami 30-45 min to max.
Na samej górze praktycznie nie ma nic do robienia. Na środku jest sklep z pamiątkami. Można podejść do "barierki" i zajrzeć do dymiącego się krateru, który naprawdę jest mniej widowiskowy niż Etna. Przechylałyśmy się tam z koleżanką, a pewna starsza pani z Anglii chyba dwadzieścia razy krzyknęła "Brave girls! Be careful!" ahah.

Podsumowując nie żałuję, że wybrałam się na Wezuwiusza- w końcu tyle razy patrzyłam na niego z lądu, ale raczej nie powtórzyłabym tego. Oczywiście wciąż mam do niego sentyment. Nic nie rozczula mnie tak niż widok Wezuwiusza z zatoki neapolitańskiej... Naprawdę, mam łzy w oczach. Gdybym zamieszkała tam na stałe, albo płakałabym za każdym razem patrząc na niego, albo uodporniłabym się i stałabym się całkowicie niewzruszona.
Jednym niepodważalnym plusem wędrówki, z pewnością jest fakt, iż widoki z góry są delikatnie mówiąc... nieziemskie! Ogromnie cieszę się, że trafiłyśmy taką świetną pogodę choć z tym był trochę ryzyk fizyk. Dzień wcześniej w ogóle nie było widać Wezuwiusza tak był zachmurzony! Ale ja, ryzykując, powiedziałam, że następnego dnia pojedziemy na 100% tak jak było ustalone od tygodni i pojechałyśmy. Pogoda była cudowna. Wybaczam nawet to lodowate powietrze.













Macie może jakieś pytania co do organizacji wycieczki na Wezuwiusza.?:)

wtorek, 7 listopada 2017

#191 Moje triki na naukę języka włoskiego.

Witajcie kochani!
Tak, wiem, podobny wpis już kiedyś był, ale taka tematyka zawsze cieszy się na moim blogu największą popularnością więc myślę, że mały update wam się przyda!
W dzisiejszym poście opowiem wam o tym:
 -jak sprawić, żeby nauka była przyjemnością,
 -jak uczyć się do kartkówek ze słówek,
 -jak znaleźć przyjaciela native speakera,

Zacznijmy więc od początku!

Niektórzy podchodzą do nauki jak do kary czy zła koniecznego. Nie dziwię się takiego podejścia, gdy ktoś (szkoła, rodzice) wymusza na was naukę i nie wynika ona z waszej szczerej chęci. Mimo to, nawet, gdy musicie uczyć się na zajęciach języka, który w ogóle wam nie leży, proszę was! Nie zniechęcajcie się! Też kiedyś byłam zbuntowaną nastolatką i też denerwowałam się na co mi szkoła z rozszerzonym francuskim skoro nienawidzę tego języka. Niestety uczyłam się go na siłę, robiąc wszystkim (a sobie najbardziej) na złość. Dziś wiem, że powinno wykorzystywać się wszelkie możliwości i jeśli nawet macie w szkole język, który zupełnie wam nie leży, i tak postarajcie się czerpać z tego jak najwięcej. I tak musicie to zdać, a przecież nie zaszkodzi wam przynajmniej próbować znaleźć w sobie miłość do niego.
Najważniejszym więc punktem jest odnalezienie w sobie pasji i tego czegoś co sprawi, że każda lekcja czy kontakt z danym językiem wywoła na waszej twarzy wielki uśmiech!
Wiele razy słyszałam teksty w stylu: Boże jest weekend, a ty uczysz się słówek?! Robisz ćwiczenia gramatyczne?! Nie masz życia?!
A może tak by to odwrócić i pomyśleć, że dla mnie otaczanie się ukochanym językiem jest prawdziwym szczęściem?
Dopóki więc nie pokochacie czegoś, zawsze będzie was to męczyć.
Czasem miłość przychodzi z czasem więc dajcie go sobie. Sprawdźcie jakie filmy zostały wyprodukowane przez dany kraj, w którym posługują się językiem, którego się uczycie. Posłuchajcie muzyki w tym języku. Może poczytajcie gazety czy poprzeglądajcie zdjęcia z miast znajdujących się w tym kraju. Znajdźcie w sobie miłość, albo nauka nigdy nie będzie szła gładko!


Kartkówki są lub były zmorą w waszym szkolnym życiu, trafiłam? Nauka pod kartkówki ze słownictwa nigdy nie bywa szczególnie przyjemna, bo zazwyczaj ogranicza się do wykucia iluś tam słów, napisaniu ich i... zapomnieniu?
A może by uczyć się tak, aby nigdy tego nie zapomnieć?
Mam na to kilka sposobów, które wykorzystywałam będąc w szkole jak i wykorzystuję do tej pory starając się nauczyć słownictwa specjalistycznego.
Po pierwsze wypisz słowa na oddzielną kartkę. Według mnie nie ma różnicy czy najpierw zaczniesz od wypisywania ich po polsku czy w innym języku, w moim przypadku po włosku.
Ja zawsze zaczynałam jednak od słówka włoskiego i dopiero później pisałam jego tłumaczenie.
Dodatkowym sposobem jest, aby po danym słówku, napisać jak najwięcej znanych wam synonimów. Nie ściągajcie ich jednak ze słownika czy internetu! Jedyne czego możecie użyć to wasza głowa, tylko wtedy to ma sens.
Po tym etapie możecie zacząć układać w myślach przykładowe zdania gdzie użylibyście tego słowa. Prowadźcie dialogi z samym sobą. Opowiedzcie sobie jakąś historyjkę!
Ważne, aby nie kuć słów na pamięć, a starać się je z czymś kojarzyć. Zobaczycie, że po pewnym czasie głowę pełną będziecie mieli zdań i synonimów, a słowa same będą przychodzić wam na myśl!


Moim małym, wielkim marzeniem zawsze było posiadanie włoskich przyjaciół. Może was to śmieszyć, ale było to moje malutkie life goal. W swoim życiu poznałam bardzo dużo Włochów i Włoszek. Z niektórymi cudownie mi się rozmawiało na żywo, ale gdy wracałam do kraju kontakt całkowicie się urywał. Wśród Włochów często byli tacy, którzy jawnie oczekiwali ode mnie czegoś więcej. Były też osoby, z którymi praktycznie od początku nie mogłam się dogadać. Była jedna dziewczyna, która wydawała mi się całkiem spoko, ale przez cały czas zadawała mi dziwaczne pytania i nasze rozmowy ograniczały się do tych serii dziwnych pytań typu: "Jaka strefa czasowa obowiązuje w Polsce?", "Z kim graniczy Polska?" itd. Mogłabym uznać to za słodką ciekawość, gdyby każdego dnia nie rozpoczynała od TYCH SAMYCH pytań. Nasze drogi więc szybko się rozeszły. Nie dlatego, że nie chciałam opowiadać jej o Polsce, bo o tym akurat bardzo często opowiadam moim znajomym, ale dlatego, że nie lubię, gdy ktoś bez przerwy pyta o to samo tak jakby w ogóle mnie nie słuchał.
Moje małe life goal spełniło się jakiś czas temu. Mam dwójkę naprawdę fajnych znajomych z Neapolu i Mediolanu. Przetrwaliśmy próbę czasu, odległości i odmiennych poglądów w wielu sprawach. W tej dwójce jest oczywiście moja boska przyjaciółka, z którą rozmawiam najwięcej ze wszystkich ludzi. Więcej rozmawiam chyba tylko z moim chłopakiem. S. byłaby od razu za nim na drugim miejscu, bo przegadujemy ogromne ilości czasu, które wykończyłyby na pewno pozostałych moich znajomych! A może to jednak z S. rozmawiam najwięcej? Hmmm trudny wybór!
Do moich znajomych mogę też zaliczyć pewną dziewczynę z Neapolu, której nie znam osobiście i ogromnie żałuję, że nie udało nam się spotkać, gdy byłam tam miesiąc temu. Następnym razem na pewno nie odpuszczę. Tak to instagram łączy ludzi! Nie rozmawiamy zbyt często, ale zdaje mi się, że to świetna dziewczyna.
Moje małe life goal spełniło się, ale trudno jest mi dać wam odpowiednią receptę na przyjaźń z native speakerem. Sama miałam miliony koleżanek Włoszek, z którymi kontakt umierał po kilku tygodniach. Miałam kolegów Włochów i gdy myślałam, że to ta dobra znajomość to okazywało się, że są lekko mówiąc mało rozumni, albo w znajomości jest drugie dno.
Trudno dać przepis na przyjaźń, ale zawsze trzeba od czegoś zacząć zanim ze zwykłej znajomości stanie się ona znajomością na całe życie, prawda?
Najłatwiej będzie wam poznać kogoś podczas wyjazdu. Możecie śmiało poprosić kogoś o pomoc w znalezieniu czegoś, oprowadzenie po mieście. Większość młodych ludzi nie będzie miała z tym problemu, a ty nie dość, że poćwiczysz język to może i poznasz kogoś naprawdę wartościowego.
Szansy na rozmowę i znajomość możesz poszukać także w social media. Instagram jest teraz całkiem fajnym miejscem do zagadania kogoś pod warunkiem, że oczywiście nie trafisz na wariata. :D

Jakie są wasze sposoby na poznawanie native speakerów bądź na naukę słownictwa?
Jestem ciekawa!

sobota, 4 listopada 2017

#190 Moda po włosku.



Witajcie kochani!
Gdy myślę o ikonach mody wcale nie mam na myśli Francuzek. W swojej głowie od razu widzę Włoszki, zwłaszcza te z południa. Neapol to prawdziwa stolica mody! Włoszki mają niezwykle oryginalny styl ubierania i im dalej na południe tym ciekawiej. Wiele stylizacji podbija moje serce, pewnie dlatego większość profili, które obserwuje na instagramie należy do Włoszek, z przewagą Neapoletanek i mieszkanek Abruzzo. Oczywiście jest też dużo outfitów, które budzą wręcz moje przerażenie.
Podczas upalnego września w Neapolu, niczym dziwnym były dziewczyny ubrane w kozaki do połowy uda, shorty stylizowane na skórzane i wielkie, kolorowe futra. Przypomnę tylko, że było 27 stopni każdego dnia. Było też sporo takich, które wieczorami wychodziły w niebotycznych szpilkach, miniówkach i samych koronkowych stanikach. Wyobrażacie to sobie? Moi włoscy koledzy pokazywali je sobie palcami i generalnie myślałam, że im się to podoba kiedy śmiali się i powtarzali "wow wow". Gdy spytałam jednak: "Serio? Według was 15 sto latka w kozakach do połowy uda i samym staniku jest spoko?" Oni odpowiadali: "Przecież śmiejemy się, bo wygląda jak kurw.."
Takich dziewczyn wieczorami niestety widzi się sporo, wiele stylizacji jest przerysowanych i na siłę mają one zwrócić uwagę. Na całe szczęście jest też dużo perełek, takich, których nie zobaczy się na polskich ulicach! Kocham Włoszki za to, że łączą ze sobą nietypowe ubrania, tworzą oryginalne kombinacje i zawsze wyróżniają się z tłumu.

1. Skarpetki.
W tym roku hitem włoskiej mody z pewnością są... widoczne skarpetki! Większość Włoszek kupuje skarpetki w Calzedonii zawsze pełnej unikatowych wzorów i fasonów, ja także jestem ich fanką. W całej zabawie chodzi o to, żeby skarpetki były jak najbardziej widoczne. Chodziłam ulicami Neapolu i od razu patrzyłam wszystkim dziewczynom na nogi i wszystkie miały wystające jak najbardziej skarpetki. Na początku śmieszyło mnie to, ale teraz szalenie mi się podoba.

Pic by Mariagrazia Lonati, one of my fav instagram.

2. Rajstopy a la kabaretki z perełkami i innymi ozdobami.
Zwykłe kabaretki odeszły w zapomnienie, a na ich miejscu pojawiły się kabaretki z perełkami, koralikami, plastikowymi sztucznymi kwiatkami. Najczęściej noszone do mega krótkich shortów lub kolorowych spódniczek, ale czasami także pod spodnie z dużymi dziurami.

Pic by Mariagrazia Lonati.

Pic by Veronica Alesci.

3. Spodnie z lampasami?
Nie wiem jak inaczej je nazwać, ale to te szerokie spodnie z kolorowymi paskami po bokach nogawek.

Pic by Clotilde Sansone.

4. Kolorowe futra i bluzy.
W tym sezonie włoskie ulice opanowały wielgaśne kolorowe futra, najczęściej różowe lub w pastelowych barwach oraz puszyste, sprawiające wrażenie o kilka rozmiarów za duże, bluzy. O ile uważam, że są całkiem fajne, noszenie ich w upalne dni jest dla mnie nie zrozumiałe.

Pic by Arianna Palazzo.

5. Przezroczyste bluzki lub noszenie samych staników i zakładanie na nich skórzanych kurtek.
Powiedziałabym, że to prawdziwy hit wśród młodych Neapoletanek. Nie wyszłabym tak na ulicę, ale może po prostu nie jestem już w tym magicznym wieku 16-18 lat! ;)
Na zdjęciu bardzo znana 17sto letnia gwiazda pewnego włoskiego show.

Pic by Marika Ferrarelli.

6. Buty Gioselin.
Jeśli miałabym wskazać jeden trend, który naprawdę mi się nie podoba, a który podbił chyba wszystkie południowo włoskie ulice byłby to... Gioselin, a raczej jego buty. Ok, mogę uwierzyć, że są wygodne, z całą pewnością oryginalne, ale to najbrzydsze buty jakie w życiu widziałam i nie mogę uwierzyć, że co druga młoda dziewczyna dała za nie 90 euro!
Na ich buty skusiła się nawet Argentyńsko- włoska modelka.

Pic by Belen Rodriguez.

Pic by Martyna Cepparulo.

Jak wam się podobają te trendy? Napomnę jeszcze tylko, że tak ubrane można zobaczyć także 50 letnie kobiety. Czasem zdaje mi się, że Włoszki mają jakiś problem z zaakceptowaniem uciekającego czasu i widok 40-50 letniej kobiety w bluzce z myszką Miki, różowym futrze i shortach nie jest niczym dziwnym.


MY FAV ITALIAN FASHION INSTAGRAM:

1. @Ilariascalera

2. @federica_of_rose


3. @lisadimaria_


4. @mariagrazialonati


5. @veronicaalesci


6. @giul_love

7. @sarychic

8. @rianna.p_ 


9. @martinacaccavo

10. @claudia_dibenedetto



Podoba wam się styl Włoszek? Może znaliście już którąś z dziewczyn? 

wtorek, 31 października 2017

#189 Jak nauczyłam się języka neapolitańskiego?



No dobrze, daliście się nabrać. Tytuł posta to mały clickbait, bo nigdy nie nauczyłam się neapolitańskiego. Nie zmienia to jednak faktu, iż bardzo bym chciała i wciąż próbuję... ale zacznijmy od początku. :)

Gdy wieki temu rozpoczynałam moją przygodę z językiem włoskim, obiecałam sobie, że na tym się nie skończy. W sensie wiedziałam, że chciałabym poznać chociaż jeden z dialektów, bo przecież Włochy to kraj setek różnych języków i jeśli myślicie, że są one łatwe i brzmią jak język włoski to jesteście w wielkim błędzie! Oczywiście są dialekty, które zrozumieć łatwiej i te, które zrozumieć trudniej. Niektóre faktycznie przypominają włoski, innym bliżej do francuskiego czy arabskiego (przynajmniej pod względem tego jak nam się wydaje je słyszeć). Mieszkańcy różnych regionów mówią też z innymi akcentami. Moja przyjaciółka Włoszka mówi, że jest wiele akcentów, z którymi ma problem i w pierwszej chwili ciężko jej zrozumieć co kto mówi, nie mówiąc już o południowych dialektach, których w ogóle nie pojmuje.
Wracając jednak do tematu- zawsze chciałam znać jakiś dialekt i przez długi czas wydawało mi się, że będzie to dialekt z okolic Rzymu. Język sycylijski, a potem neapolitański wydawały mi się za trudne (sycylijski i neapolitański uznane zostały za odrębne języki), a sardyński raczej bezużyteczny. Tak więc planowałam nauczyć się rzymskiego i oczywiście przekładałam to w czasie, bo wciąż zdawało mi się, że nie znam włoskiego na tyle dobrze, aby móc "mieszać" to sobie dodatkowym dialektem.

Gdy w końcu mogłam posługiwać się językiem włoskim naprawdę sprawnie i bez stresu, uznałam, że nadszedł ten długo odkładany czas. Czas nauczyć się czegoś więcej i ... Dialekt romano odszedł w zapomnienie. Pod lupę wzięłam język neapolitański, który z biegiem czasu zaczął wydawać mi się najpiękniejszy na świecie! Oczywiście, na tym etapie nie jestem w stanie zrozumieć szybkich pogawędek lokalsów, ale cieszy mnie każde wychwycone słowo czy każda nowa fraza do zapamiętania. Tekst pisany jest o nieba łatwiejszy, bo udaje mi się zazwyczaj zrozumieć jako tako połowę słów. Co do mojej wymowy? Wciąż nie ryzykowałabym z mówieniem! Neapolitańczycy mają niesamowity, niepowtarzalny akcent nawet, gdy mówią po włosku, a gdy mówią w swoim języku, słowa zlewają się w jedno!
Znam dwie osoby z Napoli i co jakiś czas staram się wykorzystać ich do nauki nowych słów. Jedna z tych osób, pewna dziewczyna dodatkowo sporo nagrywa po neapolitańsku i dzięki temu mam szansę słuchać na bieżąco choć przyznam szczerze, że czasami nie wiem nawet jaki temat porusza!

Jeśli nie wierzycie mi, że włoski, a neapolitański to dwa różne światy to posłuchajcie tego:
Jest to piosenka jednego z bardziej znanych neapolitańskich raperów. 1 zwrotka jest po włosku, refren i 2 zwrotka po neapolitańsku. Słyszycie różnice?

Tutaj początek piosenki także jest po neapolitańsku.

Jakie są najbardziej charakterystyczne elementy języka neapolitańskiego?:

- Zmieniają się niektóre litery i takim to sposobem zamiast włoskiego Buona giornata! napiszemy Bona jurnata! Zamiast vogliamo- vulimme. Takich zamian jest bardzo dużo.

- Niektóre litery ulegają podwojeniu. Włoskie amore zamieni się więc w ammore.

- Występują dźwięki, których nie ma we włoskim. Moim ulubionym neapolitańskim słowem jest "guagliù", którego pierwsze "g" zamienia się w "ł" i oznacza tyle co ragazzi czyli chłopaki. Guagliù, a ragazzi. Widzicie tą subtelną różnicę? ;)

- Neapolitańczycy nadużywają czasu passato remoto.

- Neapolitański kojarzy mi się z dźwiękiem "sz". Jeden z moich profesorów powiedział mi kiedyś- spędzisz trochę czasu w Neapolu to przestaniesz mówić tym swoim pięknym włoskim, a zaczniesz "szeleścić". ;)  W wielu słowach pojawia się dźwięk "sz". Np. Speranza po neapolitańsku będzie brzmieć jak szperanza, a sparare jak szparare. Z oglądania "Gomorry" najbardziej zapamiętało mi się właśnie "Szpara!" (strzelaj!).

- Do tego skrócone rodzajniki. Zamiast np. "la" będziemy mieć " 'a". W piosence, która podrzucę wam niżej zauważycie, że zamiast una speranza jest 'na speranza.


Jeśli już wiemy to wszystko to jak rozpocząć swoją przygodę z neapolitańskim (czy jakimkolwiek dialektem)? Przecież nie jest tak, że pójdziemy do jakieś szkoły języków obcych w Polsce i powiemy, że chcemy zapisać się na sycylijski czy sardyński.

- Przede wszystkim osłuchanie się! W internecie spokojnie można znaleźć filmy czy nagrania na yt w wybranych dialektach. Po neapolitańsku polecam oglądanie serialu "Gomorra" po neapolitańsku z włoskimi napisami.

- Książki z gramatyką i słowniki. Ja ostatnio kupiłam sobie słownik neapolitańsko- włoski gdzie wyjaśniona jest wymowa i pochodzenie słów + przykładowe zdania. Bardzo fajny!

- Jeśli już dobrze ogarniacie włoski, dobrym pomysłem będzie też poszukanie na forum kogoś z lokalsów, który chciałby poświęcić wam trochę czasu.


Powyżej piosenka w całości po neapolitańsku, ścieżka przewodnia "Gomorry".

Jakiego języka najbardziej chcielibyście się teraz nauczyć? 


niedziela, 29 października 2017

#188 Neapol- co zjeść, typowe dania i przekąski.

Kocham włoską kuchnie! Właściwie gotuję i jem prawie tylko włoskie dania. Nie ma problemu jeśli chcecie u mnie w domu zjeść coś sycylijskiego, lombardzkiego czy sardyńskiego. Przygotuję wszystko i zdecydowanie nie kończę na zrobieniu pizzy czy makaronu. Niestety wciąż jest zbyt dużo osób, które mówią, że uwielbiają włoską kuchnie, ale tak naprawdę ich doznania kończą się na pizzy, makaronie i risotto od czasu do czasu.
Ja jadąc do Włoch zawsze skupiam się na przysmakach typowych dla danego regionu i wypytuje mieszkańców o ich regionalne sery, wędliny czy słodycze. Poznawanie danego regionu od kuchni to czysta przyjemność!
Jeśli chodzi o Neapol, jest to dla mnie miasto bomba dla kubków smakowych, bo w żadnej innej części Italii nie zjecie tylu różnych dobroci. Dania i przekąski w Napoli wręcz krzyczą do ciebie z każdej strony i czasem myślę, że będę musiała żyć 101 lat, żeby wszystkiego spróbować i pojeść w zadowalających mnie ilościach.

Co więc koniecznie zjeść w Neapolu?

1. Il babà.
Co prawda znam miejsce w Warszawie gdzie zjeść można praktycznie idealną "babę", ale jednak ta zjedzona w Neapolu ma wyraźniejszy smak. W całym mieście znajdziecie setki kawiarni oferujących ten przysmak na milion sposobów. Są "baby" w kubeczkach z kremami, takie jak na zdjęciu, wypełnione czekoladą, owocami... W przeróżnych formach i kolorach. Il babà to nic innego jak ciastko nasączone rumem, podane właśnie ze wspomnianym kremem bądź owocami czy czekoladą. Jest niesamowicie sycące!

2. La sfogliatella.
Frolla lub riccia. Ciastko klasyka, sprzedawane na ciepło i posypane niebotyczną ilością cukru pudru, który przy każdym kęsie pokrywa całe dłonie i bluzkę. Uwielbiam sfogliatellę i chyba za nią tęsknie najbardziej. Na głównych ulicach dostępne w każdej cukierni, niekiedy kosztują nawet prawie 3 euro! Ja znam bardzo niepozorne miejsce na uboczu gdzie kosztuje 1,20 i ponoć jest to najlepsza Sfogliatella we Włoszech. Naprawdę, żadna inna jej się nie równa więc całkowicie ufam tym słowom. W środku znajdziemy semolinę, serek ricotta i kandyzowane owoce. Piszę posta i przypominam sobie jej zapach i smak! Bajka!
PS. Na zdjęciu miejsce ze sfogliatellą za prawie 3 euro, nie to legendarne za 1,20;D

3. Pizza Margherita.
No jaką pizzę je się w Neapolu? Na pewno nie żadne wynalazki z ananasami! W sieci krąży film- żart. Kilku dostawców pizzy postanowiło zrobić żart Neapolitańczykom i dostarczyć im pizzę z ananasem  na wierzchu. Najłagodniejsze były wyzwiska, najgorsze- jedna pani pobiła torbą dostawcę pizzy krzycząc przy tym- Ja ci płacę, a ty skurw.... przywozisz mi pizzę z ananasem. Ahah.
W Napoli je się przeważnie dwa rodzaje pizzy- Margheritę i Marinarę. Za tą drugą nie przepadam, ale neapolitańska margherita to poezja. Najlepiej wybierać lokale gdzie w kolejce (nawet 2 godzinnej) czekają lokalsi. Tam gdzie pusto lub pełno turystów, niekoniecznie będzie smacznie.

4. Pizza Marinara.
Chyba najprostsza pizza. Sos pomidorowy, czosnek i oregano. Mi jednak nie podchodzi to jakoś specjalnie, mimo to myślę, że warto spróbować i wyrobić sobie własne zdanie.

5. Pizza a portafoglio.
Nic innego niż zwykła margherita złożona w kształt portfela (skąd jej nazwa) tak, aby można było ją bez przeszkód jeść idąc ulicą. Uwaga na kapiącą z niej oliwę! Powiem wam, że w taki sposób zawinięta pizza smakuje niesamowicie!

6. Gnocchi alla sorrentina.
Kto kocha gnocchi?! Ja uwielbiam z całego serca i często robię je sama w domu, bo proces ich powstawania nie jest zbyt skomplikowany, a zawsze wolę zrobić je sama niż kupić mrożone. Nie znajdziecie w Neapolu bardziej neapolitańskich gnocchi! Alla sorrentina czyli ze świeżymi pomidorami, mozzarellą, parmezanem, bazylią. Pycha!
Równie dobre były jeszcze tylko gnocchi z dynią i provolą choć to już mniej neapolitański sposób przygotowywania.
Spróbujcie gnocchi alla sorrentina, a od razu poczujecie tą południową radość życia.

7. Polpette fritte.
Pulpety pewnie dostać można w każdym kraju europejskim, ale w Neapolu są szczególnie znane. I o jeju jakie dobre! Nawet jeśli nie wyglądają to są doskonałe. Ostatnio zrobiłam je na obiad, dajcie znać czy podrzucić wam przepis!

8. Pizza fritta.
Czyli znów pizza! Tym razem smażona i w charakterystycznej formie. Jak dla mnie jest trochę za tłusta, ale zdecydowanie także do spróbowania, bo gdzie jak nie w Neapolu?! ;)

9. Friarielli.
Nie pytajcie mnie cóż to jest, bo nie znam polskiej nazwy tej rośliny i nie mam pojęcia czym mogłaby być (ba w Polsce raczej nawet nie da się jej kupić), ale w Neapolu jest bardzo popularna. Je się z nią przeważnie kiełbaski, ale ja chciałam po prostu w końcu jej spróbować!
Jest dość gorzka, specyficzna i sama nie wiem czy smakowała mi czy nie. ;)


Oczywiście nie jest to nawet mała część tego co można zjeść w tym magicznym mieście, ale myślę, że jak na pierwszy tego typu wpis, tyle wam wystarczy. :) Nie sposób przecież zapomnieć o zapiekanym makaronie, o smażonych w głębokim tłuszczu przekąskach z makaronem i serem... O wszystkich słodkościach, od których kształtów i nadzień aż kręci się w głowie... AH!

Próbowaliście czegoś z mojej listy?;)